|
Hipermarketowa konkwista 7 września 2010
Pracując w branży, gdzie kreacja oraz promocja marki jest mi szczególnie bliska, zostałem niejako „uwrażliwiony” na działania śmiałków, którzy tworzą firmy w naszym kraju i konkurują z zachodnimi konkwistadorami, często ze świetnym efektem. Podziwiam ludzi, którzy potrafią zbudować od podstaw, w większości przypadków ze środków własnych przedsiębiorstwo, które w kilka lat staje się świetnie prosperującą firmą. Na drugim biegunie dostaję białej gorączki jak widzę kolejny supermarket francuski czy niemiecki, w którym to czasem nawet nie przywiązuje się wagi do spolonizowania nazwy czy frontowego opisu na opakowaniu. I wychodzę przybity widząc większość produktów czy marek importowanych, które mogą być z powodzeniem produkowane w Polsce. Zdawałoby się, że to są plusy i minusy wolnego rynku. Jednak odpowiednie regulacje prawne są koniecznie, gdyż bez tego zostaniemy dalej wasalmi Europy i świata zachodniego.
Największym problemem jest konformizm społeczeństwa, które po ponad 40 latach na pustyni wchodząc do marketu kupuje bez opamiętania i to w szczególności marki zachodnie, kierując się w większości masową promocją. Choć i tak jest już lepiej jak w latach 90. gdzie dominował kult marki z importu – Levi's, Adidas, Coca-cola. Dziś przynajmniej w branży odzieżowej mamy polskie marki, które jak wiadomo tak szyją w chinach, ale dają pracę sztabowi rodzimych designerów. Dużo jest jeszcze do zrobienia – w niektórych branżach Polski przemysł w zasadzie nie istnieje – chociażby motoryzacja czy lotnictwo, które mają ogromny wpływ na rozwój firm – kooperantów (choć z Mielca zaczynają dochodzić dobre sygnały z obydwu branż).
Mamy 2010 rok, 20 lat jesteśmy niezależni od najeźdźcy, choć niestety duży wpływ na regulacje wewnętrzne kraju ma Unia Europejska. Dużo inwestycji w Polsce jest wspomaganych pieniędzmi krajów członkowskich – wykorzystajmy je, żeby stworzyć projekty, które mogą z powodzeniem konkurować na światowym rynku. Jeżeli je przejemy – zostanie nam tylko stanowisko za kasą w hipermarkecie z przełożonym z obco brzmiącym nazwiskiem.
Krzysztof Wasielewski
Holenderskie inspiracje 17 sierpnia 2010
Mieszkam w domu szeregowym. Jest tu dużo komarów wylęgających się licznych kanałach okalających miasto. Jeden z kanałów biegnie 20 metrów od domu, co ciekawe lustro wody jest powyżej chodnika. Ranek.Wychodzę pogryziony po poranne sprawunki do sklepu. W zasadzie to jadę, oczywiście na rowerze. Po skonsumowaniu śniadania, gdzie dominował chleb (świeży ale fatalny w smaku) oraz mus jabłkowy udałem się, oczywiście na rowerze do centrum miasteczka.
Stare miasto wygląd trochę jak makieta, domy są stosunkowo niskie, w jednym stylu oraz bardzo zadbane. Ulice brukowane są miniaturową cegłówką w jodełkę, co daje fantastyczny efekt. Na ryneczku dookoła neogotyckiego kościoła w okresie letnim w czwartki organizowane są Westfriese Folklore - parady mieszkańców w tradycyjnych XIX wiecznych strojach. Co tydzień jest również inna tematyka parady oraz towarzyszących im występów i pokazów. Ja trafiłem na tematykę związaną z tradycjami wiejskimi (tydzień później tematem były stroje i tańce tradycyjne).
W paradzie bierze udział bodajże ponad 200 osób, wszyscy ubrani w epokowe stroje, w epokowych pojazdach – dorożkach, wozach, wózkach dziecięcych. Oczywiście w towarzystwie całego przekroju czteronożnego inwentarza. Obok odbywały się pokazy przędzenia wełny, tkania tradycyjnych strojów oraz pokazy zwierząt hodowlanych. Na scenie odbywały się pokazy tańców oraz prezentacja tradycyjnych umiejętności. Całości dopełniała gastronomia (wspaniały świeży śledź z cebulą w bułce oraz małe pierożki - naleśniczki) ogromna kataryna i targowisko różności.
Gubiąc się w uliczkach trafiłem na starą kuźnię a w niej kowala, podkuwającego konia. Za kuźnią zaś znajdowało się muzeum tradycyjnych wnętrz mieszkalnych oraz dorożek (które nota bene były akurat używane na rynku – sic! Eksponaty Muzealne!). Zmęczony atrakcjami wróciłem i zasiadłem aby skosztować tutejszej szarlotki (w Gdańsku w Pikawie jest lepsza) i syciłem oczy widokiem dziesiątek osób, które przeniosły się w czasie. Mam wrażenie, że ta forma kultywowania tradycji ich pasjonuje – letnie czwartki są dla nich kwintesencją ich funkcjonowania w społeczeństwie – łączą bogatą tradycję XVII wiecznej kolonialnej Holandii z nowoczesną formą życia codziennego w socjalliberalnym państwie. Podobnie jest z architekturą – w większości małych miasteczek na północy Holandii mają one tradycyjną fasadę, w większości dużymi oknami, w których możemy znaleźć nowoczesne, ale powściągliwe rozwiązania wystroju.
I jeszcze jedna mała rzecz którą zauważyłem pijąc kawę na ryneczku - obok mnie były dwie rzeźby z brązu – naturalnej wielkości owca z małymi – niby nic, a potrafi zająć dzieciaki na całą godzinę!
Krzysztof Wasielewski
|
|
|